Wykorzystujemy pliki cookie do spersonalizowania treści i reklam, aby oferować funkcje społecznościowe i analizować ruch w naszej witrynie. Informacje o tym, jak korzystasz z naszej witryny, udostępniamy partnerom społecznościowym, reklamowym i analitycznym. Partnerzy mogą połączyć te informacje z innymi danymi otrzymanymi od Ciebie lub uzyskanymi podczas korzystania z ich usług.
Wyłącznik natynkowy w hali przemysłowej, gdzie normy są ostrzejsze
Wyłącznik natynkowy w hali przemysłowej, gdzie normy są ostrzejsze
W biurze albo w mieszkaniu osprzęt elektryczny wybiera się w dużej mierze pod wygląd. W hali produkcyjnej to kryterium ląduje na końcu listy, a wyprzedzają je rzeczy, o których w budownictwie mieszkaniowym prawie się nie myśli: pył, wilgoć, mycie ciśnieniowe, uderzenia wózkiem i temperatura, która w sąsiedztwie maszyn bywa o kilkanaście stopni wyższa niż w reszcie budynku.
Z tych warunków bierze się prosta konsekwencja. Rozwiązanie schowane w ścianie, które w domu jest standardem, w zakładzie bywa gorsze od montowanego na wierzchu. Nie ze względów estetycznych, tylko serwisowych i formalnych.
Natynkowo czy podtynkowo w warunkach produkcyjnych
Instalacja podtynkowa wymaga bruzd, a te w ścianach hali oznaczają ingerencję w konstrukcję albo w warstwy izolacyjne. W budynkach z płyt warstwowych po prostu nie ma gdzie kuć. Dlatego w halach dominuje prowadzenie po wierzchu, w korytach i rurach osłonowych, z osprzętem montowanym na powierzchni.
Drugi argument to zmienność. Układ maszyn w zakładzie zmienia się co kilka lat, a wraz z nim punkty zasilania i sterowania. Instalacja natynkowa pozwala przenieść obwód w jeden dzień, bez pyłu i bez odtwarzania powierzchni. Instalacja schowana w ścianie przy każdej zmianie wymaga prac budowlanych.
Trzeci to dostęp serwisowy. Przy przeglądzie albo awarii liczy się czas dotarcia do elementu. Osprzęt na wierzchu otwiera się śrubokrętem, a nie młotem. Dlatego w strefach technicznych stosuje się wyłącznik natynkowy nawet tam, gdzie technicznie dałoby się poprowadzić instalację pod tynkiem.
Stopień ochrony dobrany do tego, co dzieje się w hali
Parametr, który w hali decyduje o trwałości osprzętu, to stopień ochrony obudowy. Pierwsza cyfra mówi o odporności na ciała stałe i pył, druga o odporności na wodę. Dobiera się je do rzeczywistych warunków w danej strefie, a nie do ogólnego wyobrażenia o zakładzie.
W strefie suchej, gdzie jedynym zagrożeniem jest kurz, wystarczy podstawowa ochrona przed pyłem. Tam, gdzie posadzkę myje się wodą pod ciśnieniem, potrzebna jest obudowa odporna na strumień wody, a nie tylko na krople. W miejscach z pyłem palnym, jak przy obróbce drewna czy papieru, dochodzą dodatkowe wymagania, a osprzęt dobiera się z uwzględnieniem stref zagrożenia.
Do tego dochodzi odporność mechaniczna. Obudowa zamontowana na wysokości wózka widłowego prędzej czy później zostanie uderzona, więc w takich miejscach stosuje się wersje wzmocnione albo osłony. To kilkadziesiąt złotych różnicy przy zakupie i kilka godzin przestoju mniej w ciągu roku.
Temperatura, drgania i to, co psuje styki
W pobliżu suszarni, pras czy pieców temperatura otoczenia bywa znacznie wyższa niż w reszcie hali. Osprzęt ma podany zakres temperatur pracy i przekroczenie go nie kończy się natychmiastową awarią, tylko przyspieszonym starzeniem tworzywa i utratą właściwości sprężyn stykowych.
Drgania z maszyn przenoszą się konstrukcją na całą instalację. Połączenie skręcane, które w budynku biurowym trzyma latami, tutaj potrafi poluzować się w ciągu roku. Luźny styk grzeje się, a rosnąca rezystancja przejściowa przyspiesza proces aż do przepalenia. Z tego powodu w zakładach robi się okresowe badania termowizyjne pod obciążeniem, które pokazują takie miejsca, zanim staną się awarią.
Trzecia rzecz to jakość samego styku. W osprzęcie tańszym stosuje się cieńsze materiały i słabsze sprężyny, co przy dużej liczbie cykli łączeniowych skraca żywotność. W hali, gdzie oświetlenie strefy przełącza się kilkanaście razy dziennie, ta różnica robi się widoczna po dwóch, trzech latach.

Dokumentacja i oznaczenie, czyli czas reakcji przy awarii
Instalacja w zakładzie żyje. Po kilku modernizacjach zwykle nikt nie wie, który obwód zasila co, a schemat leży w segregatorze sprzed dwóch przebudów. Przy awarii kosztuje to godziny, które przy zatrzymanej linii liczy się w tysiącach złotych.
Rozwiązanie jest tanie i nudne: opisane rozdzielnice, oznaczone obwody, aktualizowany schemat i lista zmian z datami. Utrzymanie tego kosztuje kilka godzin rocznie i jest jedną z najlepiej zwracających się pozycji w budżecie utrzymania ruchu.
Przy planowanych modernizacjach warto trzymać się jednej serii osprzętu. Powtarzalne wymiary, ten sam sposób montażu i ta sama dostępność części zamiennych upraszczają magazyn i skracają naprawy. Dystrybutorzy tacy jak Onninen prowadzą pełne serie z kartami katalogowymi, więc dobór kolejnych elementów po roku czy dwóch nie kończy się szukaniem zamiennika.
Zapas na magazynie, który zwraca się przy pierwszej awarii
W zakładzie pracującym na trzy zmiany dostępność części decyduje o długości przestoju. Zapas najczęściej używanego osprzętu na magazynie kosztuje niewiele, a pozwala wymienić uszkodzony element od razu, zamiast czekać do rana na dostawę.
Lista takiego zapasu powstaje najprościej z historii zgłoszeń: to, co psuło się w ostatnich dwóch latach, zwykle psuje się dalej. Do tego dokłada się elementy krytyczne, czyli te, których brak zatrzymuje produkcję, nawet jeśli awarii jeszcze nie było.
Przy kompletowaniu takiego zapasu przydaje się jeden dostawca z szerokim asortymentem, bo zamówienie zamyka się w jednej dostawie i w jednej fakturze. Karty katalogowe osprzętu z podanymi stopniami ochrony i zakresami temperatur znajdziesz na www.onninen.pl.